piątek, 7 października 2011

ouuuch!

Jak to miło siedzieć w domu przed komputerem w kocach i słyszeć szum deszczu z zewnątrz. Jasieeeeeń. Taka już na całego. Smutna, szara, morka, chłodna. Dziękuję, dobranoc.
Ahh, miałam dziś magiczny trening. Jestem z siebie naprawdę dumna. Ja sama zauważam poprawę. Jestem chyba po prostu śmielsza w tym, co robię na boisku. W odbijaniu, przyjmowaniu... Nawet Trener to zauważył, pochwalił mnie. AA! PO RAZ PIERWSZY. xD W każdym bądź razie - powiedział, że widzi jak się przykładam. LIKE A BOSS. ^^ Muszę nauczyć się kroku do ataku, ale Trener i tak powiedział, że najpierw muszę opanować odbijanie dolnym i górnym sposobem i oczywiście serwy. Z tymi serwami mam problem. Bez nich nie ruszę, a za nic nie potrafię się ich nauczyć. Chyba ciężarki 1,5 kg pójdą w ten weekend w ruch. Problem tkwi jeszcze w mojej kostce. Straaaaasznie boli, nie wiem czemu. Tzn. wiem, krzywo stanęłam przy odbieraniu niskiej piłki. Ale nie spuchła, ani nic. Może to tylko jakiś nadciągnięty mięsień, mam nadzieję... Uh, jutro będę miała zakwasy, na 100%.
Ale przez ten trening jakaś dziwnie szczęśliwa jestem. Obolała bo obolała. Ale szczęśliwa, usatysfakcjonowana. Wreszcie! Już od dawna nie wróciłam z płaczem do domu, już od dawna nie chcę uciekać z treningów z krzykiem "aaa, dlaczego jestem taka beznadziejna!" To chyba dobry znak. Powinnam się wreszcie nauczyć tych gównianych serwów. Czekam do grudnia, jak do grudnia się nie nauczę, to popełniam samobójstwo. 

Jutro pobudka o 6.50. Przez dziesięć minut będzie dochodzenie do siebie, a potem na kwalifikacje na 7.00. Jezu. Lubię GP Japonii, fajny tor. Ale WTF? Nie cierpię porannego wstawania, a oni mi każą...! Ugh. Ale cóż. Na treningach moim chłopakom szło naprawdę bardzo dobrze, więc... Nie nie nie, na nic nie liczę. Nie chcę się rozczarować. Pole zgarnie i tak Vettel. I o ile wkurza mnie, że w tym sezonie ciągle to on wygrywa, o tyle kocham jego blond włosy. Są tak mega zajebiste... *__*
A jutro oprócz wyścigu - PGE Skra Bełchatów vs. ZAKSA Kędzierzyn Koźle. Mmm, Bartek Kurek. Mmm, Marcin Możdżonek. Mmm, Michał Winiarski (mam nadzieję przynajmniej!). No.
WRESZCIE MEEEEECZ :D



sobota, 1 października 2011

nie masz pomysłu na tytuł posta? kup go.

Ja pierniczę. No nie mogę. Jestem tak totalnie na maxa wkurzona, że zaraz się ugotuję. Nosi mnie. Kurrr... Jak można przerżnąć 1:3 z jakimś gównianym teamem, AZS Częstochowa??? No ja się pytam. Łoska. Bartman. I wielu innych. Nie. Nie. Nie można wygrać. Trzeba się bawić i skakać bez sensu do bloku, gdy w ogóle nie ma na to potrzeby. A Częstochowa? Phi! Czwarty set to jednym palcem rozegrali. Jestem tak wpieprzona... -.- Nie powiem, nastawiłam się. Na wygraną. Wiązałam z tymi chłopakami w czarno-pomarańczowych koszulkach nadzieję na udany wieczór. Ale nieeeeee, po co wygrywać? Przecież można przerżnąć i być pośmiewiskiem przez resztę sezonu! Bo przecież to "kandydaci na mistrza"! Jezzuuuuu.
Siedzę przed komputerem zdenerwowana z chęcią roztrzaskania wszystkiego. Ale słyszę co? "Viva La Vida" w Exce Rock. Open'er 2011 z Coldplay. Coś niesamowitego to musiało być. Nie potrafię zrozumieć, jak mogło mnie tam zabraknąć? Chris mówiący "Dziękuję!" - bezcenne. ... I ten charakterystyczny bit! I refren! Nath napisała mi wczoraj, że gdy słyszy tą piosenkę, to jej życie staje się jakby... lepsze? Piękniejsze? Pełniejsze? Coś w tym jest. Chociaż może to nie kwestia samej piosenki, a Christophera Anthony'ego Johna Martina? ♥
Cztery treningi za mną. Jezu. Aż sama sobie dziwię się, jak ja to wszystko przeżyłam! Jestem:
  • poobijana
  • zdemotywowana
  • w czarnej dupie, jeśli chodzi o zagrywkę
  • w czarnej dupie jeśli chodzi o przyjmowanie
  • w czarnej dupie jeśli chodzi o cokolwiek.
Ale cóż. Postawiłam sobie za punkt honoru chodzić na te treningi, nauczyć się wreszcie grać. I się nauczę. Naprawdę. W końcu. 

JEZUUUUUU! CHRIS MARTIN MÓWIĄCY "DZIĘKUJĘ" - JA NAPRAWDĘ UMIERAM. CZY MOGĘ ZA NIEGO WYJŚĆ? KOCHAMKOCHAMKOCHAM TEGO FACETA.