niedziela, 6 listopada 2011

i listopad wiatrami się zaczyna...

No, to mam czego chciałam. Jesień zimna, jesień smutna, jesień szara. Taka najlepsza na świecie, która jest tylko raz w roku, tylko przez 31 dni. Listopad, listopad witam. W Krakowie, niby gdzie indziej? Już smutno. Już w słuchawkach tylko Myslovitz i melancholijny głos Artura. Zajebioza. "Miłość w czasach popkultury" jako cały album jest świetny, kocham siedzieć w tramwaju, ignorując wszystkich dookoła i gapić się na ludzi na zewnątrz z Myslo w uszach. Magia.
Siatkóóóóóóóóóóóówkaaaaaaaaaaa! ;D Tak, moja faza ciągle trwa i ma się dobrze, mimo że zespół najwspanialszego siatkarza na świecie, ZB, nie gra najlepiej ostatnio. 1:3 z Kielcami (WTF?), 1:3 ze Skrą... Eh. Ale teraz Puchar Świata, więc przerwa, około 3-miesięczna. Wierzę, że po przerwie chłopaki wezmą się do roboty i pokażą na co ich stać. Bo ludzie znów w nich wątpią. Szczerze mówiąc, kibicuję im za względu na ZB i MK. Ale jednak kibicuję, a jak ja w coś się angażuję, to wszystko bardzo przeżywam. Taka wada. Lub zaleta. Zależy... W każdym bądź razie - naprawdę polubiłam tych chłopaków, każdego z osobna. I chcę patrzeć na ich zwycięstwa jak najczęściej. Nie podoba mi się niestałość tych wszystkich ludzi. Widzi się fajny skład - kibicujesz. Jesteś z nimi nie zależnie od wyniku meczu. A nie rzucasz ich i mówisz "Pieprzę to, jestem za Skrą, oni i tak zawsze wygrywają". Nie na tym to chyba polega!

Szkoła mnie przytłacza, nienawidzę tego miejsca, jest tam nudno i moja klasa jest do dupy. Im szybciej stamtąd wyjdę, tym lepiej, nie chcę już tam siedzieć. Ciągle mam jakieś sprawdziany, zadania domowe, pytania... oszaleję kiedyś. GTFO, everybody! Tumblr, siatkówka, F1 - to mnie ratuje. 


piątek, 7 października 2011

ouuuch!

Jak to miło siedzieć w domu przed komputerem w kocach i słyszeć szum deszczu z zewnątrz. Jasieeeeeń. Taka już na całego. Smutna, szara, morka, chłodna. Dziękuję, dobranoc.
Ahh, miałam dziś magiczny trening. Jestem z siebie naprawdę dumna. Ja sama zauważam poprawę. Jestem chyba po prostu śmielsza w tym, co robię na boisku. W odbijaniu, przyjmowaniu... Nawet Trener to zauważył, pochwalił mnie. AA! PO RAZ PIERWSZY. xD W każdym bądź razie - powiedział, że widzi jak się przykładam. LIKE A BOSS. ^^ Muszę nauczyć się kroku do ataku, ale Trener i tak powiedział, że najpierw muszę opanować odbijanie dolnym i górnym sposobem i oczywiście serwy. Z tymi serwami mam problem. Bez nich nie ruszę, a za nic nie potrafię się ich nauczyć. Chyba ciężarki 1,5 kg pójdą w ten weekend w ruch. Problem tkwi jeszcze w mojej kostce. Straaaaasznie boli, nie wiem czemu. Tzn. wiem, krzywo stanęłam przy odbieraniu niskiej piłki. Ale nie spuchła, ani nic. Może to tylko jakiś nadciągnięty mięsień, mam nadzieję... Uh, jutro będę miała zakwasy, na 100%.
Ale przez ten trening jakaś dziwnie szczęśliwa jestem. Obolała bo obolała. Ale szczęśliwa, usatysfakcjonowana. Wreszcie! Już od dawna nie wróciłam z płaczem do domu, już od dawna nie chcę uciekać z treningów z krzykiem "aaa, dlaczego jestem taka beznadziejna!" To chyba dobry znak. Powinnam się wreszcie nauczyć tych gównianych serwów. Czekam do grudnia, jak do grudnia się nie nauczę, to popełniam samobójstwo. 

Jutro pobudka o 6.50. Przez dziesięć minut będzie dochodzenie do siebie, a potem na kwalifikacje na 7.00. Jezu. Lubię GP Japonii, fajny tor. Ale WTF? Nie cierpię porannego wstawania, a oni mi każą...! Ugh. Ale cóż. Na treningach moim chłopakom szło naprawdę bardzo dobrze, więc... Nie nie nie, na nic nie liczę. Nie chcę się rozczarować. Pole zgarnie i tak Vettel. I o ile wkurza mnie, że w tym sezonie ciągle to on wygrywa, o tyle kocham jego blond włosy. Są tak mega zajebiste... *__*
A jutro oprócz wyścigu - PGE Skra Bełchatów vs. ZAKSA Kędzierzyn Koźle. Mmm, Bartek Kurek. Mmm, Marcin Możdżonek. Mmm, Michał Winiarski (mam nadzieję przynajmniej!). No.
WRESZCIE MEEEEECZ :D



sobota, 1 października 2011

nie masz pomysłu na tytuł posta? kup go.

Ja pierniczę. No nie mogę. Jestem tak totalnie na maxa wkurzona, że zaraz się ugotuję. Nosi mnie. Kurrr... Jak można przerżnąć 1:3 z jakimś gównianym teamem, AZS Częstochowa??? No ja się pytam. Łoska. Bartman. I wielu innych. Nie. Nie. Nie można wygrać. Trzeba się bawić i skakać bez sensu do bloku, gdy w ogóle nie ma na to potrzeby. A Częstochowa? Phi! Czwarty set to jednym palcem rozegrali. Jestem tak wpieprzona... -.- Nie powiem, nastawiłam się. Na wygraną. Wiązałam z tymi chłopakami w czarno-pomarańczowych koszulkach nadzieję na udany wieczór. Ale nieeeeee, po co wygrywać? Przecież można przerżnąć i być pośmiewiskiem przez resztę sezonu! Bo przecież to "kandydaci na mistrza"! Jezzuuuuu.
Siedzę przed komputerem zdenerwowana z chęcią roztrzaskania wszystkiego. Ale słyszę co? "Viva La Vida" w Exce Rock. Open'er 2011 z Coldplay. Coś niesamowitego to musiało być. Nie potrafię zrozumieć, jak mogło mnie tam zabraknąć? Chris mówiący "Dziękuję!" - bezcenne. ... I ten charakterystyczny bit! I refren! Nath napisała mi wczoraj, że gdy słyszy tą piosenkę, to jej życie staje się jakby... lepsze? Piękniejsze? Pełniejsze? Coś w tym jest. Chociaż może to nie kwestia samej piosenki, a Christophera Anthony'ego Johna Martina? ♥
Cztery treningi za mną. Jezu. Aż sama sobie dziwię się, jak ja to wszystko przeżyłam! Jestem:
  • poobijana
  • zdemotywowana
  • w czarnej dupie, jeśli chodzi o zagrywkę
  • w czarnej dupie jeśli chodzi o przyjmowanie
  • w czarnej dupie jeśli chodzi o cokolwiek.
Ale cóż. Postawiłam sobie za punkt honoru chodzić na te treningi, nauczyć się wreszcie grać. I się nauczę. Naprawdę. W końcu. 

JEZUUUUUU! CHRIS MARTIN MÓWIĄCY "DZIĘKUJĘ" - JA NAPRAWDĘ UMIERAM. CZY MOGĘ ZA NIEGO WYJŚĆ? KOCHAMKOCHAMKOCHAM TEGO FACETA.


wtorek, 20 września 2011

jesień.

Kurde, sama nie wiem, po co właściwie zrobiłam tego bloga. Jest trochę późno, jestem zmęczona. Mimo że miałam dobry dzień. 
Jestem szaaalenie dumna z siatkarzy, zdobyli ten brąz. Wierzyłam w nich, naprawdę. Nadal się tym jaram, pomimo tego, iż było to dwa dni temu, powinno mi chyba już przejść. Ale nie przechodzi, ekscytacja trwa. Uwielbiam rozmawianie o tym wszystkim z Olką na lekcjach. O meczach, o siatkarzach, o trenerze... O zdjęciach, o treningach... I te głupiutkie marzenia  w stylu "chciałabym mieć 190 cm wzrostu!"
Tak, dobre słowo - głupiutkie. Bo mam 165 i ani centymetra więcej. Cholera.

Ale ja tak się cieszę z sukcesów chłopaków, z wyścigów Formuły 1... Mówię, że "to jest moim życiem". Ale czy rzeczywiście? Podejrzewam, że jakbym utraciła możliwość oglądania meczów czy wyścigów - przeżyłabym, tylko na początku byłoby trudno. Więc to nieprawda, ja mogę żyć bez tego wszystkiego. BEZ NICH WSZYSTKICH. Ale czy chcę? Wydaje mi się, że moje normalne życie jest na tyle nudne, że - biedna ja - muszę sobie je wypełniać jakimiś dodatkami. A to F1, a to siatkówka, a to życie osobiste np. Briana Molko, czy Chrisa Martina. Czy to nie jest trochę... chore? Powszechne, często spotykane. Ale chyba jednak chore.

Jej, chyba nie powinnam wypisywać tu swych przemyśleń, mam wrażenie, że są jednak trochę żałosne. A może nie trochę? Może całkiem żałosne, nie warte przeczytania?

Jesień. Jeszcze nie ta kalendarzowa, ale taka też już niedługo nadejdzie. :) Cieszę się. Lubię tą porę roky, chyba najbardziej. Liście, deszcz, liście, kasztany, deszcz. A niedługo jeszcze mgła. Wstaję o 6.00 rano - ciemno. Miło jest marznąć i zastanawiać się, kiedy trzeba będzie już nosić szaliki.
Zastanawiam się nad krakowskim maratonem. ZASTANAWIAM SIĘ.